niedziela, 11 sierpnia 2019

Post na zakończenie bloga

Już od dłuższego czasu krąży mi  po głowie pytanie co dalej z blogiem. Mówiąc szczerze straciłam zapał do pisania, nie daje mi to już takiej radości co wcześniej. Patrząc na to ile pracy włożyłam w bloga oraz patrząc na odbiorców szkoda mi było ot tak porzucić go. Starałam się na siłę znaleźć zaparcie, planować nowe posty, jakoś to ratować... ale po prostu to nie szło.

Inna sprawa, że moje życie zeszło na inne tory, nie po drodze z blogiem.
Nadal rysuję, maluję, teraz uczę się digital paintingu i rzeźbienia 3d, więc jak macie ochotę dalej podglądać moją twórczość zapraszam na instagrama

Pojawiły się też inne piorytety, więc płynę z ich nurtem :)

Na zakończenie podzielę się jeszcze obrazem olejnym przedstawiającym moją ukochaną Kleo, którą straciłam rok temu.
To jeden z 3 obrazów z tego cyklu

110/70 olej

Dziękuję wszystkim czytelnikom, że byli ze mną przez te lata, mam nadzieję że na coś przydały się moje wypociny ;) Życzę też wam inspiracji i produktywności artystycznej, tego nigdy nie zabraknie.




środa, 27 lutego 2019

Recenzja kredek Staedtler Noris Club

Dzisiaj będzie trochę o kontrowersyjnych kredkach Staedtlera i o tym jak stały się moimi kredkami do zadań specjalnych

Wygląd zewnętrzny

Kredki sprzedawane są w kartonowych opakowaniach po 12 i 24 sztuki, czyli klasycznie.
Opisane są jako kredki wysokiej jakości z systemem ABS, czyli wysoką odpornością na złamania oraz są łatwe w temperowaniu.

Posiadam komplet 24 kredek z edycji limitowanej Johanny Basford (autorka kolorowanki "Lost Ocean"), która poleca je do kolorowania swoich kolorowanek.

Kredki faktycznie posiadają owy ABS w postaci białej otuliny gryfla i właśnie to mnie skusiło przy kupnie. Aż się proszą o test ABSu.

Cena to około 13zł  za komplet 12 kolorów, a 24k. to około 24zł. Cena nie należy do najniższych, ale kredki mieszczą się w kategorii tanich.

Gama kolorystyczna dobrana pod kolorowanki.

Wypróbowałam je na zwykłym papierze ksero (po lewej), kolorowym mocno fakturowanym (środek) oraz białym średnio fakturowanych (po prawej). Najpierw dawałam ślad z lekkiej, luźnej ręki, potem średnio dociskając rysując kreseczki w różnych kierunkach.

Użytkowanie

Starczy już tych suchych faktów. Teraz kolej na test z rzeczywistością.

Kredki określiłabym jako twarde, ale mimo to mają dobry pigment. Pozostawiają równą linię, tak więc idealnie nadają się do detali, lecz do dużych powierzchni niekoniecznie.
Dzięki twardości bardzo dobrze się temperują i zastanawiam się czy dzięki temu też nie łamią się. Ale co tu się domyślać, lepiej sprawdzić.

Tak więc 'całkiem przypadkiem' wysypały mi się z pudełka na płytki. Później ponownie. A potem jeszcze raz.
Połamały się jedynie czubki szpiców- wcale się nie dziwię. Po zatemperowaniu nie kruszyły się, ani nic się nie działo, więc zaliczyły test i wpisały się tym samym na moją listę 'kredek specjalnych' , czyli taką, gdzie są kredki przeznaczenia plenerowego, nieuważnego używania itp.

Co do wymazywania gumką- spisują się świetnie, pod warunkiem że nie rysuje się z pełną mocą nacisku. Wiadomo że w takim przypadku ołówek też się nie daje wymazać.

I ostatnia kwesta- kolorowanie, z racji że są polecane do kolorowanek. Tutaj zgodzę się połowicznie. Owszem, nadają się, ale nie dla każdego. Sama wybrałabym z tej półki cenowej inne. Twardość stanowi duże ograniczenie. Na śliskim papierze lekko wymiękają, za to na fakturowanym radzą sobie bardzo dobrze. Nadadzą się dla osób przyciskających kredki do papieru, a dla takich o miękkiej ręce- już niekoniecznie. Dają bardzo dobre efekty przy kolorowaniu dużą ilością lekkich warstw, więc osoby cierpliwe znajdą w nich ukojenie. Mnie frustrują przy kolorowaniu, bo jestem bardzo niecierpliwą osóbką. Może dlatego są polecane do kolorowanek? W końcu mają one relaksować i uczyć cierpliwości.

Pierwsze zetknięcie z kredkami nie było dla mnie radosne. Czułam się mocno rozczarowana, oczekiwałam bardziej miękkich kredek, dlatego nic dziwnego, że wylądowały w kącie.

Jednak po jakimś czasie, gdy zdenerwowałam się na widoczność szkicu ołówkowego pod innymi kredkami wpadłam na pomysł, aby użyć Norisów zamiast ołówka. Okazało się że są to genialne kredki do szkicowania. Można nimi narysować subtelny rysunek, który potem ginie w końcowej pracy. Testowałam z akwarelą, pastelami oraz miękkimi kredkami- za każdym razem wypadło to rewelacyjnie. W razie pomyłki w szkicu- łatwo można je wygumkować.



Kolejny raz uratowały mi rysunek, kiedy potrzebowałam delikatnych przejść tonalnych. Dały sobie radę na takich grubo położonych polycolorach. Też pomogły mi w robieniu cieniutkich linii, wolałam sięgnąć po Noris Club niż mordować się z ciągłym temperowaniem miększych kredek. Są świetnym dopełnieniem do innych kredek i technik.

Słyszałam różne opinie o tych kredkach. Jedni je lubią, inni nienawidzą. Dla mnie są one przydatne, nadają się do tzw. zadań specjalnych, w których miękkie czy średnie kredki nie bardzo dają sobie radę, czyli tak jak pisałam wyżej.

Posumowanie

  • twarde
  • bardzo dobrze się ostrzą
  • mają dobrą intensywność
  • świetnie się wymazują gumką
  • idealne do szkicowania
  • bardzo precyzyjne
  • nie nadają się do zapełnienia dużych powierzchni
  • posiadają zabezpieczenie od upadków
  • nie sprawdzają się na śliskim papierze
  • dobre dopełnienie do innych kredek i technik
  • średnie do kolorowania


Uważam że są to dobre kredki stworzone do szkiców i cieniutkich linii, bo przy kolorowaniu wymiękają.

A wy? Mieliście już takie kredki? Co o nich sądzicie?

środa, 26 grudnia 2018

Pastele KOCH-I-NOOR soft recenzja

Sławne pastele KOCH-I-NOOR, co tu więcej dodawać na początek, każdy wie o jakie chodzi



Już od lat przedszkolnych moja mama zapisywała mnie na wszelkie zajęcia artystyczne w pobliskim domu kultury. Na tych zajęciach po raz pierwszy zetknęłam się z suchymi pastelami koch-i-noor. Jak dla dziecka to był szczyt marzeń posiadać takie kruche, intensywne kredki.
Na początku dostałam 12 sztuk, które zostały zrysowane na dziecięcych rysunkach.
Potem kolejne pudełeczko 12 sztuk, które mam do dziś już w lepszym stanie.
Następnie dokupiłam zestaw 12 sztuk brązów, jeszcze trochę na sztuki.

Ostatni pastelowy zakup to 72 szt. , co zainspirowało mnie do stworzenia tego postu.
Omówię charakterystykę pasteli (opakowanie, wygląd, moc pigmentów, miękkość), dobór kolorów w opakowaniu i ich rzeczywisty wygląd oraz dostępne zestawy do kupienia.
Tak więc, zaczynamy!

Opakowanie

Pamiętam, że kiedyś pastele pakowane były w pudełka kartonowe z zabezpieczeniem ze steropianu. W tych bardzo tanich wersjach do dziś można kupić w takiej postaci, lecz w wersji artystycznej pastele zabezpieczone są miękkiej gąbce i w dodatkowym kartoniku.




Większe zestawy pakowane są w oddzielnych tackach, np. zestaw 72 kolorów rozdzielony jest na 3 tacki po 24 kolory. Zabezpieczenie jest takie same- gąbka, karton. Wszystko pakowane jest w ozdobne opakowanie informujące o producencie i liczbie kolorów.




Możliwe jest także zakupienie zestawu w drewnianej kasetce po 48 i 120 sztuk. Tylko musimy liczyć się ze wzrostem ceny. (osobiście postanowiłam sama zrobić sobie taką kasetkę, może i podzielę się w przyszłości w jaki sposób...).


W Polsce najbardziej popularny jest komplet 12 , 24 i 48 sztuk. 72 i 120 sztuk to rzadkość.
Są także dostępne zestawy specjalne, czyli zestaw 12 brązów lub szarości.

Kupienie pasteli na sztuki to też nie problem, w wielu sklepach artystycznych jest taka możliwość.


Wygląd

Pastele to okrągłe sztabki o długości 7,5 cm i średnicy 1 cm.

Początkowo posiadały przyklejony papierek, jednak teraz został on zastąpiony folią, którą jest o wiele łatwiej 'obrać'.
Zdarza się jeszcze teraz kupić na sztuki te w papierkach. Praca jest o tyle utrudniona, że czasem gdy papier nie chce zejść trzeba skrobać pastel nożykiem. Tutaj wielki plus dla producenta, że rozwiązał ten problem.

Folię zdejmujemy ciągnąc za brzeg. Dzięki nacięciom z boku możemy tylko trochę obrać.

Dzięki przeźroczystej folii łatwo można określić kolor pasteli.


Pigmenty i miękkość

Pastele pozostawiają wyraźną i nasyconą kolorystycznie kreskę.
Pigment mają dobry, czyli mocny.

Pastele są przyjemnie miękkie, ale nierówno miękkie.
Zauważyłam że kolor nr. 18, czyli paryski błękit jest zdecydowanie twardszy od reszty. Zdarzają się jeszcze kolory trochę twardsze i trochę miększe od większości. Miękkości nie jest konsekwentnie równa.


Domyślam się, że problem może tkwić w rodzaju pigmentu, ale to sprawa produkcyjna, o której nie mam bladego pojęcia.


Dobór kolorów

Gama kolorystyczna pasteli jest bardzo szeroka. Nie ma problemu w kupieniu pożądanych kolorów na sztuki, dostępne są praktycznie w  każdym sklepie dla plastyków, a nawet w zwykłym sklepie papierniczym czy supermarkecie.

Na próbniku przedstawiłam kolory z zestawy 72 kolorów na szarej kartce, na której można sprawdzić krycie pasteli.


Kolory z kompletu 12, 24, 48 są zawarte na tym próbniku. Dodatkowe brązy i szarości częściowo pokrywają się z próbnikiem.

Opinia

Uważam, że pastele wypadają bardzo dobrze w stosunku do ich niskiej ceny.

  • Idealnie nadają się dla początkujących, jak i zawaansowanych rysowników. 
  • Szeroka gama kolorystyczna zadowoli każdego.
  • Przyczepiłabym się jedynie niektórych twardości pasteli, powinny mieć równą miękkość, ale nie ma co narzekać, nadrabiają niską ceną.
  • Dobrze kryją, świetnie się mieszają.
  • Łatwo dostępne
  • Dzięki starannemu zabezpieczeniu pasteli są całe, niepokruszone

Jak zastanawiasz się nad kupnem- możesz brać je w ciemno, na pewno zadowolą cię.

A wy co sądzicie o tych pastelach? Macie już komplet? Czy planujecie kupno?

środa, 19 grudnia 2018

Etui na pędzle DIY

Dziś trochę o moim kombinatorstwie, no bo zwykłe sklepowe etui są nudne i bee, więc zrobiłam jedyne w swoim rodzaju, unikalne etui. Dziś opowiem w jaki sposób.




W sklepie możemy dostać etui zapinane, zwijane... i tyle? Żadne nie spełniało moich wymagań, więc wymyśliłam, że mój piórnik ma być pojemny, duży (żeby długie pędzle się zmieściły), zamykany i niepowtarzalny.

Pomysł dopracowywałam i przekształcałam przed długi czas, ale najbardziej czasochłonne było szukanie materiału i zabranie się za pracę. Nie jestem fanem siedzenie przy maszynie, dziergania i różnego tego typu prac, ale posiadam takie umiejętności. Sięgam po maszynę, szydełko czy igłę jak zaplanuję coś zrobić dla siebie lub na prezent dla kogoś. Robię tylko gdy muszę.
Nie mam cierpliwości do tego typu prac, więc podziwiam osoby, które ją mają.


Jeżeli masz problem z wymyśleniem i dopracowaniem planu pracy- weź kartkę i narysuj wszystko :)

Chciałam aby piórnik był zrobiony z dwóch materiałów - wewnątrz i na zewnątrz. Na zewnątrz chciałam dać jedynie jeans z jakiś nieużywanych, starych spodni, ale trochę go zabrakło na brzegach, więc postanowiłam wszyć kawałek materiału z kwiatkami, co było strzałem w dziesiątkę.



Problem pojawił się ze znalezieniem odpowiedniego materiału do środka. Nic co miałam w domu nie odpowiadało mi kolorystycznie i gramaturowo. Chciałam użyć grubszych materiałów, aby etui było sztywne. Nie chciałam bawić się w żadne wzmacniacze między materiały.
Stanęło na filcu, bo jest łatwo dostępny.

Oczywiście miałam na myśli inny kolor, ale wzięłam co było w sklepie. Chciałam chociaż zacząć szyć, a nie ustać na projekcie :)



Wszystko szyłam na maszynie i czas potrzebny na same szycie wyniósł do 3 godzin, w czym rozpracowywałam działanie maszyny, trochę prułam.
Nie pierwszy raz siedziałam przy maszynie, ale moje umiejętności nie są na tyle wielkie, aby zszyć idealnie od razu.

Pędzle które są w użyciu najczęściej trzymam w piórniku
Równocześnie myślałam nad zamknięciem. Z racji, że to miał być długi piórnik trzeba było dać zamknięcie w dwóch punktach, aby materiał się nie odginał na rogach.

Miałam do wyboru guziki, rzep i taśmy. Wybrałam taśmy. Zakupiłam wstążkę bawełnianą, zrobiłam ładne wykończenie końcówek i przyszyłam do brzegu w mniej więcej podobnych odległościach. Na zdjęciu można zobaczyć w jaki sposób się zamyka.



Do środka dałam gumkę (udało mi się dostać taką, która imituje tasiemkę), którą przyszyłam wraz z wzmocnieniem, bo wiadomo, że filc nie jest odporny na rozciąganie. Po prostu między filcem a gumką wszyłam wcześniej wspominaną wstążkę bawełnianą.

Ciężko było znaleźć odległość, na jaką mam robić przegródki na pędzle, więc wszyłam je w różnej odległości, bo mam różnego rozmiaru pędzle. Zależność jest taka, że jak chcesz mieć szlufkę np. na kredkę, to musisz ją zrobić mniejszą od kredki.

Na koniec obszyłam wszystko lamówką, aby zakryć brzydkie brzegi i ładnie wykończyć całość.


Piórnik spisuje się świetnie. Mogę sobie go powiesić za paski, wtedy przy pracy nie muszę szukać pędzli. Przede wszystkim chroni je przed zniszczeniem oraz ładnie się prezentuje.


A wy macie etui na pędzle? A może robiliście tego typu piórnik? Pochwalcie się, chętnie zobaczę :)

środa, 12 grudnia 2018

Portret psa rasy malamut

Obraz malowałam w mojej ulubionej technice, czyli farbami olejnymi na płótnie 50/70 cm.



 Robiony na zamówienie ze zdjęcia.Cieszę się, że udało mi się oddać charakter zwierzaka na obrazie.  Właścicielka psiaka popłakała się gdy pokazałam gotowy obraz. Piesio w tym czasie choruje i niewiele życia mu zostało, a na obrazie jest ujęty w pełni sił i zdrowia, dlatego wzbudził tak wielkie emocje.

Tło musiałam zmienić,bo oryginalnie w tle był szary beton. Wpasowałam psiaka na łąkę z trawą, aby nadać pogodny i lekki charakter portretowi.
Niestety nie wiem jak malamut miał lub ma na imię (nie wiem czy jeszcze żyje).


Obraz malowało mi się bardzo lekko, temat psów jest bardzo wdzięczny dla mnie. Tworzenie obrazu to była dla mnie czysta przyjemność :)

A wam jak się podoba obraz?

czwartek, 6 grudnia 2018

Jak zrobić węgiel rysunkowy?

O węglu rysunkowym wspominałam już we wcześniejszym poście tutaj . Dziś podam opracowany wieloma próbami przepis na domowy węgiel do rysowania.



Jak powstaje węgiel rysunkowy?

Wyrabiany jest najczęściej z drzewa wierzbowego. Daje ono miękką i nasyconą kreskę. 
Do wyrobu można użyć dowolnego drzewa liściastego. Każdy gatunek da różną miękkość i odcień szarości.

Drewno jest poddawane obróbce termicznej bez dostępu tlenu. Dzięki temu nie pali się, a przekształca się w węgiel. 
(było to na chemii w gimnazjum, a teraz w podstawówce, dział chemia związków węgla)

Potrzebne będzie:
  • obrane gałązki z dowolnych drzew liściastych o dł. 7-15 cm i średnicy nie mniejszej jak 0,7cm i nie większej jak 2,5cm
  • folia aluminiowa, najlepiej gruba, ale zwykła kuchenna też się nada
  • źródło ciepła: ognisko, piekarnik, kominek
Z doświadczenia wiem, że lepiej przygotować więcej gałązek jak za mało. W wyrobie węgla trzeba wyczucia. Na początku miałam same odpadki i trochę minęło zanim opatentowałam wyrób. Pewnie dzięki moim radom będziecie mieć ich mniej, ale lepiej zostawić sobie margines błędu.

Testowałam też czy suszenie gałązek ma znaczenie. Okazuje się że ma. Wysuszone są bardziej suche i prawdopodobnie minimalnie jaśniejszą kreskę dają, ale to już małe niuanse. Najlepiej wyrabiać nie wcześniej jak kilka dni po ścięciu, a jak przeleżą pół roku też nic się nie stanie.

Pamiętajmy także że gałązki z sękami mogą utrudniać nam lekko rysowanie. Drewno jest w tym miejscu zawsze twardsze. Ja po prostu odcinam podczas rysowania część węgla z sękiem, jeżeli takowy napotkam i problem z głowy.


Jakie drzewo wybrać?
Osobiście wybieram z różne gatunki. Tak jak pisałam wcześniej, każdy daje inny efekt. 
Dąb jest twardym drzewem i daje zwarty, twardy węgiel. Za to brzoza i wierzba dały średnio miękki węgiel.
Według mojego testu topola biała dała bardzo czarny i mięciutki węgiel.
Polecam wypróbować różne drzewa, aby znaleźć te najlepsze dla siebie.



Wyrabianie

Kilka gałązek zawijamy szczelnie folią. Okręcam kilka razy dla pewności, że tlen się nie dostanie. Inaczej zrobimy z gałązek ognisko zamiast węgla (w sumie robienie węgla to świetna okazja na ognisko).

Rozdzielam gałązki na kilka paczek w razie by jakiś zestaw nie wyszedł. Kładę je płasko, rzędem, tak jak sardynki w puszce się układa.

Następnie wkładam tam gdzie gorąco, czyli do piekarnika, ogniska, grilla czy kominka.



W piekarniku najlepiej umieścić je na samym dole na kratce czy blaszce. Folia może się przypalić do dna, a szkoda piekarnika. W trakcie pieczenia jedzonka można umieścić gałązki w piekarnika, bądźmy eco i nie zużywajmy niepotrzebnie prądu czy gazu.
Temperatura od 180 do 220 się nada. Jeżeli masz ochotę przetestować w niższej lub wyższej- czemu nie, daj tylko znać czy się udało :)

Pieczemy w zależności od grubości drewna, ale jest to około czas od godziny do dwóch. Za długo trzymany węgiel po prostu się przepali i będzie się kruszył w rękach.
Zawsze możesz wyjąć wcześniej i sprawdzić. Jeżeli jeszcze widać w nim drewno, włóż z powrotem. Tylko nie zapomnij owinąć szczelnie folią!

W ognisku, grillu i kominku zagrzebujemy w żar, kiedy ogień się wypala. Ale gdy żar się wygasza węgiel może nie wyjść już.Uważajcie aby nie przebić folii, bo inaczej dostanie się tlen. Trzymamy tyle czasu co w piekarniku. 

Radzę zostawić w folii i odłożyć do ostygnięcia. Po całkowitym ostygnięciu możemy już rysować!


Życzę powodzenia w wyrabianiu, obowiązkowo pochwalcie się wrażeniami :) 

wtorek, 9 października 2018

Statuetka do szkoły muzycznej

Na początku roku 2018 ruszył konkurs na statuetkę, którą dostali absolwenci I i II stopnia Państwowej Szkoły Muzycznej w Olsztynie 

Początkowy etap polegał na oddaniu szkiców statuetki. Docelowe statuetki wybierała dyrekcja 'muzyka'.
Wzięłam się do roboty i zaprojektowałam co tylko przyszło mi do głowy. Ostatecznie wybrałam docelowe dwie statuetki i zrobiłam gotowe szkice.
Często tak bywa w życiu, że wszystko nagle jest przeciwko naszym działaniom. Tak było w moim przypadku. Ilość lekcji do odrobienia się nawarstwiła, więc musiałam odkładać pracę na inny dzień. W wolny weekend zabrałam się do pracy, lecz niestety złapała mnie mocna migrena. Nie dałam się pokonać, więc opornie, ale zrobiłam szkice wśród paniki 'nie zdążę' (bo to w poniedziałek był ostateczny termin).



Oddałam dwa wyżej prezentowane projekty. 
Się tak złożył, że jeden z nich został wybrany (ten po prawej). 
Bardzo zależało mi na tym konkursie, więc byłam przeszczęśliwa, że wybrali mój projekt i docenili pracę.

Docelowo planowałam zrealizować go w szkle jako grawer, lecz dyrekcja poprosiła mnie aby zrobić go w ceramice.

Etap drugi to była realizacja modelu. 
Więc zaczęłam ponownie zabawę z ceramiką. Temat wydał mi się obcy, ostatni raz miałam z nim styczność dwa lata temu, ale co mogę wiedzieć o technologii, skoro wybrałam inny kierunek, więc się tego nie uczyłam.
Po obgadaniu z nauczycielami rzeźby i ceramiki zmodyfikowałam projekt, więc ostatecznie wyglądał tak:

Zrobiony został na zasadzie odcisku, czyli: najpierw ulepiłam figurkę z gliny z dbałością o detale, zalałam gipsem na płaskiej powierzchni, a potem do wyschniętej gipsowej formy wciskałam glinę ceramiczną. Po lekkim przeschnięciu odchodziła od formy, wyjęłam ją i odstawiłam do całkowitego wyschnięcia, a na koniec wypalanie w naszym szkolnym piecu ceramicznym.

Forma statuetki musiała być prosta i łatwa w powielaniu. 

Ostatecznie mój projekt wygrał na statuetkę za I i II stopień szkoły muzycznej.
Teraz pozostało zrobienie 65 kolejnych.

Dorobiłam 3 następne formy i takim sposobem mogłam uzyskać do 8 figurek dziennie. Jeżeli wilgotno było- jedynie 4. 

Projekt dalej miały pociągnąć inne osoby w szkole, ale w międzyczasie była majówka, brakowało chętnych ludzików, a termin szybko gonił, dlatego postanowiłam w majówkę siedzieć przy wyciskaniu z form i przyjąć w całości zamówienie.

Udało się! Na styk, ale udało się wszystkie wycisnąć.
Potem musiałam przetransportować wszystkie do szkoły, w czym pomogła mi moja kochana ciocia.

Po wypaleniu należało poszkliwić, ale nie miałam bladego pojęcia w jaki sposób to się robiło, więc poprosiłam o pomoc nauczycielkę od ceramiki. Szkliwienie polega na nałożeniu specjalnego proszku (szkliwa) na glinę, najlepiej już wypaloną, a potem ponownie należy wypalić, aby szkliwo stwardniało i uzyskało docelową barwę i strukturę.

statuetki już z 'przecierką' ze szkliwa
kolejna warstwa szkliwa

Potem znowu do pieca ze statuetkami, a ostatecznie wyglądały w ten sposób:
Oczywiście z tyłu była naklejona plakietka z informacjami dla kogo i z jakiej okazji.

Dopiero niedawno odebrałam nagrodę za projekt (przesunięte przez wypadek o którym wspomniałam we wcześniejszym poście), a za realizację szkoła zafundowała mi opłacenie internatu do końca mojej edukacji w plastyku. 


Dlaczego o tym piszę?

Nie tylko aby się pochwalić sukcesem, jestem bardzo z siebie dumna, ale też po to aby pokazać ile czynności składa się na sukces. Chcę też zachęcić, abyście dążyli do celu, nawet kiedy jest pod prąd, bo warto. Nie zwracajcie uwagi na przeciwności, walczcie o samego siebie.


A wy? Wygraliście już coś w konkursie artystycznym? 

wtorek, 18 września 2018

Do czego wykorzystać niechciane kredki?

Na pewno każdy kto siedzi trochę w rysowaniu kredkami zna to uczucie kiedy kupuje zestaw, który miał służyć do wszystkiego, miał być tym perfekcyjnym, wymarzonym. Trzymamy opakowanie patrząc na kolorki, oczki się świecą, planujemy wielkie realizacje, chwytamy kredki przykładamy do papieru ... a okazują się najgorszymi jakie miało się w łapkach. 
Często budżet nie pozwala na zakup nowych, dobrych, często drogich kredek i niestety jesteśmy skazani na słabsze. Co więc z nimi możemy zrobić?



W internecie jest tona recenzji kredek, co jest często oglądane aby móc kupić wymarzone przybory. Minimalizuje to trafienie złego produktu. Wtedy wiemy czego się spodziewać po przyborach, ale nie mamy pewności czy akurat do nas będą dopasowane kredki. Każdy ma inny gust i rękę. Polecam popytać znajomych czy mają kredki z firmy co nas interesuje, może pożyczą na mały teścik.
Dobrze też kupić kredkę lub kilka na sztuki, będzie to mały wydatek w stosunku do całego pudełka.

Ale niestety zdarza się natknąć na ten niechciany egzemplarz. Oczywiście odradzam wściekłe wrzucanie do kosza (mimo że damy wtedy sobie miły upust emocji), bo najzwyczajniej szkoda. Pamiętajmy że marnotractwo to wykałaczka w oko naszej kochanej Ziemi. Warto dlatego pomyśleć co takiego można z nimi zrobić.
Zdarzyło się, że znalazłam się w takiej sytuacji, więc z chęcią się podzielę moimi pomysłami.



Opcja nr 1: szkice pod rysunek

Nie muszę mówić jakie denerwujące jest wymazywanie ołówka, dzięki któremu robiło się szkic. Moje lenistwo jest na tyle duże, że całkiem porzuciłam szkic ołówkiem przy rysowaniu kredkami czy malowaniu akwarelą. Po prostu zapominam wymazaniu ołówka, a potem denerwuję się, że tam jest i nie da się go wymazać.

Potrzeba matką wynalazku i zastosowania.
Sięgnęłam po kiedyś kupione kredki Staedtela ołówkowe (zbyt kusiło sprawdzenie czy ich ABS działa, więc trzeba było kupić), które świetnie się wymazują zwykłą gumką (tak, ich ABS działa, testowałam na 'przypadkowym' wysypaniu na płytki i to nie raz). Okazało się, że nadały się do szkicu genialnie. Mają jasne kolory, które w efekcie końcowym zanikały w rysunku i malarstwie. Wieść o porzuceniu wymazywania ołówka wprawiła mnie w euforię.

Myślę, że każde twardsze kredki będą nadawać się do szkicu. Tylko warto kolor odpowiednio dobrać do kolorystyki obrazka.

Opcja nr 2: Tło

Tło to istota zżerająca nasze kredki w tempie ekspresowym. Nasze serduszko dostaje wielkich palpitacji, kiedy kurczą się nasze ukochane kredki.
Lepiej więc zachować zdrowe serduszko i sięgnąć po te gorsze kredki, a niech giną zarysowując rozległe powierzchnie.

Tutaj połączyłam kredki i akwarelę
Opcja nr 3: Poznanie kredki

Istnieje też sytuacja, że zakupiliśmy drogie medium i nie trafiło w nasz gust. Opcja świetna dla osób ambitnych, to poznanie ich charakterystyki, może nauczymy się czegoś nowego?
Mamy szeroki wachlarz zapoznawczy: zróżnicowany papier, różne sposoby stawiania kreski, oglądanie szpica pod lupą, test trwałości na upadki (jeżeli są odporne na upadki), co się dzieje jak poznamy je z inną rasą kredek... i tak w nieskończoność.
Dobrym pomysłem jest przekopanie internetu w celu znalezienia osób, które nimi rysują. Na pewno w ich pracach znajdziemy jakieś wskazówki.

Opcja nr 4: Próba łączenia z innymi mediami

To bardzo rozwijająca opcja. Czysty pretekst do eksperymentów i łączenia różnych technik. Może połączymy kredki z pastelami, akwarelami, akrylami... Może znajdziemy połączenie idealne dla nas.



Opcja nr 5: Zestaw w plener

Wszelkie rysowanie poza naszym bezpiecznym gniazdkiem w domu może się mocno odbijać na kredkach. Zestaw plenerowy skazany jest na życie w ciężkich warunkach. Nie raz zdarzyło mi się upuścić kredki, czy zalać kawą. Opcja z gubieniem, zostawianiem na noc na zewnątrz czy porwaniu przez zwierzaka też wchodzi w grę.
Szkoda nerwów, aby ofiarą padł nasz ukochany zestaw, lepiej poświęcić ten gorszy.

Opcja nr 6: Wyzbycie się

Niestety bywa tak, że nie przydają nam się do niczego. Kredki płaczą w kącie i tylko kurzą się. A może jest wokół ciebie ktoś, kto marzy o takich kredkach? Zrób mu niespodziankę, na pewno osoba będzie wdzięczna.
Można też oddać do pobliskiej szkoły, świetlicy czy domu pomocy. Na pewno kredki będą szczęśliwe z takiego losu.

Gdy produkt jest dobrej jakości można spróbować odzyskać część funduszy i sprzedać za połowę ceny. Nie zapomnijcie powiedzieć Goodbye niechciane kredki.



Może macie jeszcze jakieś pomysły? Piszcie w komentarzach
Razem zażegnamy erę niechcianych kredek!

Pozdrowionka i do następnego

poniedziałek, 19 marca 2018

Mała realizacja filmowa

Po kilku miesiącach pracy, odwlekania końca, mordowania się z programem przedstawiam wam moją pierwszą tak poważną realizacje filmową.

Witajcie!

Plan zdjęciowy odbył się w listopadzie, trwał około 4 godziny jednego dnia. Tak, zgadza się, tak dużo czasu na 1,5 minuty filmu. Pogoda nie współpracowała. Było bardzo zimno, a słońce cały czas zmieniało oświetlenie, bo raz było, a raz nie było. Na koniec ekipa była tak zmarznięta, że nikt prawie nie czuł swoich rąk. A składała się ona z dźwiękowca z mikrofonem kierunkowym, mnie- reżysera i operatora kamery, czyli lustrzanki na statywie, znajomej, która grała postać w pelerynie oraz klapsowej, która robiła klaps do synchronizacji dźwięku, pełniła rolę stażystki oraz dbała o rekwizyty i stroje.

Ja z klapsem
To że materiał jest nie oznacza, że to koniec pracy!
Dalej uczyłam się równocześnie montowania w programie Da Vinci Resolve oraz składałam wszystko w całość. Praca bardzo rozciągnęła się w czasie, bo równocześnie był koniec półrocza, święta, ferie... Zniechęcała mnie do pracy niewiedza gdzie i jakie narzędzia są, ale na szczęście już poznałam ich lokalizację. Nasz dźwiękowiec komponował muzykę w tym czasie, zadbał o odpowiednie atmosfery w kadrach i ładnie obrobił dźwięk.

Potem zrobiliśmy małe spotkanie, podczas którego przedstawiliśmy film, a teraz znajduje się już publicznie na youtube.

Pomysł na film poszukałam w sobie, dlatego przedstawia on moje wnętrze, podejście do życia. Tytuł
'Poszukiwaczka' wziął się od ciągłych poszukiwań i odkrywaniu siebie oraz świata. A resztę pozostawiam do interpretacji wam, widzom
Zapraszam do oglądania.


Powstał także kanał, już na poważnie, nazywający się Jukky_art na którym znajduje się ów film.

W realizacji mam kolejne filmowe pomysły, także myślę, że się rozkręcam :)

Pozdrowionka i do następnego

czwartek, 23 listopada 2017

Po przerwie wakacyjnej

Po naładowaniu baterii inspiracji, z nową energią wkraczam po raz kolejny w wir pracy. 

Witajcie długo po przerwie wakacyjnej!

Cały wolny czas poświęciłam na odpoczynek, mało było typowo pracy twórczej, po prostu zbierałam siły na kolejny, jeszcze cięższy rok szkolny.

Pierwszą część wakacji spędziłam w Alpach, gdzie skupiłam się na szkicach wrażeniowych, zwłaszcza akwarelowych. Krótko mówiąc malowałam z czystej przyjemności, na co rzadko mam czas w roku szkolnym.

Tutaj dwa z takich szkiców z wioski w której mieszkałam przez niecały miesiąc. Każdy powstał w czasie do pół godziny.


Po powrocie z Francji skupiłam się troszkę na swoich wewnętrznych koncepcjach, o czym mam nadzieję wspomnę niebawem.
Jednak cały ten czas podsumuję jednym słowem: odpoczynek.

Po lenieniu się przyszedł czas na pracę, której z każdą chwilą przybywa, więc proszę o wyrozumiałość. Tygodnie zlewają się ze sobą w zastraszającym tempie, że nawet nie wiem w jakim wymiarze czasowym znajduję się aktualnie.

Na koniec wiadomość dla osób od dawna oczekujących na drugą część "Podstaw szkicu", pojawi się ona (i tutaj wielki znak zapytania) ale będzie wraz z zaplanowaną niespodzianką. Także cały czas dopisuję, tworzę, pracuję starając się ogarnąć to w chaosie pracy i życia.

Pozdrowionka i do następnego

niedziela, 11 czerwca 2017

Jak radzić sobie z akrylem? Kilka wskazówek dla zielonych

Farby akrylowe to dość młody wynalazek. Nie dają się poprawić po wyschnięciu, do jej rozrabiania używa się jedynie wody. Ich wszechstronność jest bardzo przydatna.

Swoje przygody z farbami zaczynałam jak każdy- z plakatówkami. Gdy troszkę podrosłam dostałam mały komplet akryli. Od razu je pokochałam za żywość barwy i brak brudzenia się i babrania z kolorami pod spodem, jak w przypadku gwaszu czy plakatówek. Są też bardziej poręczne i mobilniejsze w użyciu od olejów. Potem bez zawahania zakupiłam duże tuby farby.

Początki były ciężkie, farba ma zupełnie inny charakter i wymaga innego sposobu malowania. Dla wielu osób jest on na początku nie do przeskoczenia i już na stracie odkładają je na bok. Przyczyna w większości jest podobna: brak umiejętności do tego rodzaju farby. Ale nie martwcie się, problem jak najbardziej jest do rozwiązania.
Przyznam się szczerze, że przy próbie każdych nowych farb z firmy, której jeszcze nie używałam, czuję się jakbym zaczynała malować od początku. Muszę poznać jej konsystencję, napigmentowanie, rozrabialność z wodą i szybkość wysychania. To wcale nie jest tak, że od razu chwyta się farby i działa się cuda. Na początku trzeba nauczyć się narzędzia, a potem oczekiwać, że praca wyjdzie.

Akryl- idealne narzędzie do nauki malowania

Po wyschnięciu akryl nie wybacza. Nie da się zmazać pomyłek, ale można je z łatwością zamalować. Przy nauce malowania trzeba się nastawić, że początki będą niezadowalające i prace mogą wyjść dopiero za którymś podejściem. Akryl wysycha szybko, dzięki czemu możesz składować prace bez długiego czekania aż wyschnie oraz bez strachu przed niszczącą wodą. Nie potrzebujesz także kupować drogich blejtramów, zaopatrz się po prostu w grubszy papier.

Akryl uczy przemyślanego nakładania plam barwnych, daje to idealny fundament do malowania olejami czy akwarelami. Uczysz się także mieszania kolorów na palecie, ponieważ każdy odcień będziesz musiał rozmieszać z osobna.

(Ciekawostka: malowanie odbywa się nie tylko farbą, dotyczy operowania plamą barwną. De Facto kredkami, pastelami czy ołówkiem również można malować. I na odwrót, farbą można rysować, jeżeli opiera się ona na kreskach)


Farba może mieć charakter akwareli, jeżeli rozrobiona będzie większą ilością wody, ale również może być grubo nakładana, kryjąca. Oznacza to, że błędy i pomyłki bardzo łatwo zamalować. Po wyschnięciu farba staję się dość elastycznym plastikiem, więc nie ma możliwość pomieszania z kolorem pod spodem.

Jakie farby i pędzle na początek

Największą sławę wśród początkujących hobbistów mają małe kompleciki farb po 20, a nawet 15ml. Kusi ilość kolorów w porównania do ceny. Nic bardziej mylnego! Kupując takie małe tubki okropnie się przepłaca. Najlepszą inwestycją na początek są tuby mające najmniej 100 ml. Nie musisz kupować od razu całej gamy barw. Wystarczą 3 podstawowe kolory(Żółty, Magenta, Cyan) + biały. Odradzam czerwieni, błędne jest twierdzenie, że jest ona kolorem podstawowym w farbach, Magenta (jak w kolorach CMYK) zalicza się do bazy podstawowej, tak jak w farbach drukarskich. Aby uzyskać czerwień dodajemy do magenty żółtego. Czarnego odradzam kupować w dużej tubie, będzie wprowadzać w błąd początkujących, zamiast przyciemniać prawidłowo za pomocą koloru, będzie odbywać się za pomocą czerni. W efekcie obraz wygląda śmiesznie i płasko. Jeżeli nie czujesz się, aby zrezygnować z czerni- wybierz Czerń Marsową. Ma ona szaro-zielony odcień i jest bardziej naturalna od typowej czerni. O kolorach mogę bardziej się rozpisać innym razem, jest to temat rzeka.

Jeżeli nie pokochasz akryli- nic straconego. Przydadzą się do wszelkich prac handmade, do gruntowania pod oleje... praktycznie do wszystkiego.

I pamiętaj! Nie kupuj farb z najniższej półki. Nie prowadzi to do niczego dobrego. Ich napigmentowanie przeraża, a raczej ich brak. Często są przeźroczyste, więc nie kryją jak trzeba. Mało tego, nie mieszają się prawidłowo, więc jest wręcz pewne, że zniechęcą cię na starcie.
Tutaj kilka firm sprawdzonych przeze mnie w przystępnej cenie i dobrej jakości:

  • Daler Rowney Graduate Acrylic
  • Maimeri Acrilico
  • Talens Amsterdam
  • Renesans A'kryl
  • Polycolor
  • Ferrario Master Acrylic
Osobiście korzystam z W&N Galeria 500ml i tub Maimeri 200ml, napigmentowanie jest po prostu bajeczne, jeszcze nie spotkałam równie dobrych farb akrylowych, chociaż słyszałam od znajomych, ze podobne są też Liqutexy. 
I tu was zaskoczę- korzystam głównie z bazy, 4 duże słoje + tubka czerni (kiedy leń przyjdzie, nie chce się ciągać całego, ciężkiego zestawu farb, więc biorę wyłącznie bazę). To wystarcza mi w 100%, chociaż posiadam wcześniej zakupione
tubki z różnych firm i kolorów.

Co do pędzli polecam kupić syntetyczne o miękkim włosiu. Płaski bardzo szeroki(około 10 cm), płaski średni(około 5 cm), płaski wąski(około 2cm), okrągły i płaski gruby(8), okrągły i płaski cienki(4) to dla mnie podstawa. Do tego mam trochę pędzli do detali. 
Jakie wybierzesz- twój wybór, odradzam jednak kupowanie cienkich pędzli na początek. 

Nie polecam także do akrylu pędzli ze szczeciny świńskiej, są zbyt sztywne i nie przyjmują tyle farby, co trzeba. Za to pędzli naturalnych po prostu szkoda, akryl niszczy pędzle, więc nie ma sensu wydać 40 zł na jeden pędzel i niedługo potem go wyrzucić.
Firma nie ma znaczenia, najlepiej wybrać się do sklepu plastycznego i samemu wybrać jakie będą pasować najlepiej.


Podłoże pod farby

Tutaj cię ucieszę. Tak jak wspominałam wyżej, nie potrzebujesz żadnego płótna, płyt, czy desek. Wystarczy zwykły, w miarę gruby papier lub karton. Papier wybieraj od około 130g/m , cieńsze mogą mieć problem z farbą i wodą. Oczywiście im grubsze- tym lepsze. Ważne, aby podłoże nie było śliskie- farba musi się czegoś przyczepić, od śliskiego może po prostu odpaść.

W jaki sposób malować

Sposobu malowania akrylem trzeba się nauczyć. Wiele osób marudzi, ze za szybko wysycha, moim zdaniem to zaleta. To jest charakter tych farb, takie zostały stworzone.



Malowanie zaczynamy od dużych plam koloru zmierzając do coraz mniejszych, co nazwane jest laserunkiem. Wyrzućcie z głowy wszelkie wygładzanie barw, wszelkie brusche, blury i tym podobne. W akrylu działamy plamami i nie ma miejsca na ich wygładzanie. Nie ma na to czasu, bo zanim się obejrzycie farba wyschnie.
Plamy różnicuje się odcieniami, im ich więcej, tym bogatszy obraz.

Polecam gruntowanie kolorem przed przystąpieniem do pracy. Obraz będzie ciekawszy, a kolor spójny.


Czego unikać na początku

Przede wszystkim odradzam małe formaty. Akrylem bardzo trudno maluje się małe formaty. Trzeba najpierw dokładnie poznać medium. Farba ma to do siebie, że jest lekko ciągnąca,  wręcz 'plastikowa'. Mały format jest do zrobienia, lecz wymagające technicznie. Malowanie zaczynajcie od formatów najmniej A2, B2 i/lub większych. Oczywiście na początku będzie to szok, jeżeli dotychczas malowałeś/łaś na standardowej kartce A4, ale uwierz, będzie lepiej. Paper przyczep do deski i ustaw ją dość pionowo, najlepiej jak masz sztalugę, ale bez niej też dasz radę. Większy format także wymusi na Tobie myślenie plamą barwną od najbardziej rozległej do mniejszej, pomoże w myśleniu od ogółu do szczegółu. Małe A4 daje nam poczucie, że nie ma tak dużo do zrobienia i zaczynamy automatycznie od detalu, co na przyszłość może bardzo zablokować malowanie i dalsze postępy.

Unikaj małych palet, duża paleta da tobie swobodę mieszania i tworzenia dużej ilości odcieni. Może posłużyć za nią deska, szyba czy stara okładka po bloku, ważne aby był to format nie mniejszy jak A3. Praca będzie wtedy łatwiejsza i bardziej komfortowa.

Unikaj także kładzenia farby prosto z tuby. Rozrabiaj kolor z innymi i z wodą. Ale także nie rób zbyt wodnistej farby, bo będzie wszystko płynąć. Z czasem nabierzesz wprawy, potem sam zdecydujesz kiedy i jak rozrobić ją.


Nie nastawiaj się, że od razu wyjdzie arcydzieło. Daj sobie duży margines błędu. Nie sugeruj się, że jeżeli wychodzi tobie malarstwo olejne, gwaszowe czy akwarelowe od razu będziesz umieć malować akrylem. Daj sobie czas, pozwól, aby farba powiedziała wszystko o sobie, nie narzekaj i nie porównuj jej z innymi technikami, zaakceptuj ją taką, jaka jest. Tylko dzięki temu uda ci się jej nauczyć.





To tyle na początek. Mam nadzieję, że w jakimś stopniu pomogłam. Dajcie znać, czy chcecie więcej dowiedzieć się o malarstwie akrylowym, wtedy przygotuję conieco.

Trzymajcie się i do następnego.

czwartek, 8 czerwca 2017

Plener malarski

Nie wierzę, że to już czerwiec! Nie mogę uwierzyć, że druga klasa tak szybko zleciała. Czas bardzo szybko leci.
Na koniec maja były plenery, bardzo udane i owocne. Wybrałam się z grupą ze szkoły malować zwierzaczki, które później będzie można kupić na aukcji charytatywnej, a pieniążki pomogą ratować kolejne zwierzaki. (dla tych mniej zorientowanych, w szkole artystycznej jest coś takiego jak obowiązkowe zajęcia w terenie, zwane plenerem)
U mnie powstał osiołek, kucyk i konik.


 Zdjęcie skończonego konika po prostu się nie uchowało, zresztą mało jestem z niego zadowolona. Osiołka uważam za najlepszy obraz, a wam co się najbardziej podoba?
Tak się złożyło, że wszystkie prace malowane były olejami.
Jak tylko zdobyłam fundusze, bez zastanowienia kupiłam je, duże tuby, no bo przecież i tak się nie zmarnuje ;) I to był strzał w dziesiątkę! Bardzo polubiłam tą technikę. Oczywiście mam uczulenie na terpentynę i musiałam zaopatrzeć się w eco-rozpuszczalnik. Jak się okazało, wcale nie gorszy od oryginału. Tak naprawdę świetnie można sobie radzić bez rozpuszczalników, po przecież to jedynie pomoc w malowaniu. Nawet pędzle myję w zwykłym mydle, przecież i tak dożywotnio przeznaczyłam je do olejów, więc po co je odolejać.

Prace wyżej były pierwszymi (nie licząc konika rok temu pożyczonymi farbami, ale był on robiony zbyt na przymus, aby się zaliczać).
Sądzę, że oleje we właściwym czasie wpadły mi w ręce. Teraz w malarstwie poruszam się dość pewnie i dzięki temu farby wydają się bardzo prostą techniką.

Tylko musiałam się uporać z pilnowaniem ubrań przed farbą (akurat to się nie udało) i wszelkimi owadami i paprochami kochającymi się przyklejać do farby.

Teraz też coś dużego maluję, ale o tym może innym razem. Niech to będzie niespodzianka :)

I nie myślcie, że rzeźba poszła w odstawkę! W międzyczasie robię w glinie rzeczywistych rozmiarów głowę konia arabskiego. Muszę skończyć do końca roku szkolnego, przez wakacje mogłaby spaść ze stelażu, a gliny jest tam sporo tak jak i włożonej pracy.


I to tyle na dziś. Krótko, bo nie mam weny na wielostronnicowe opowiadanie. A może to i lepiej, na pewno nikogo nie zanudzę :)
Trzymajcie się i oczekujcie na post-niespodziankę jeszcze w tym tygodniu.

Osiołek Ludwiczek

Nareszcie mogę wziąć udział w jednym z wyzwań art-piaskownicy. Zawsze czas na realizację gdzieś uciekał. 

Tutaj baner z wyzwania.

Podsyłam osiołka na płótnie malowany farbą olejną powstałego podczas pleneru malarskiego. Mam nadzieję, że zbytnio nie odbiegłam kolorem. Rozmiar około 50cm wysokości.

A dla każdego z moich czytelników, którzy chcą także wziąć udział kliknij tutaj aby przejść do postu z wyzwaniem. Czas jest do końca czerwca :)


czwartek, 4 maja 2017

Co robię gdy nikt nie widzi

Witajcie moi mili!

Tak wiem, już pięknie się zapowiadało z poradnikiem o rysowaniu, a tutaj pusto... 
Wcale to tak nie wygląda, jak wygląda :) Zbieram materiały i na bierząco piszę posty, a są aż 3 w przygotowaniu. Tylko na wszystko potrzeba czasu, nie w moim stylu jest dawać półprodukt. Dlatego wytrwale czekajcie, mur beton, że się doczekacie.

Ale co robię przez długie dni, kiedy nic nowego na blogu się nie pojawia?
Przede wszystkim staram się uczyć i wyrobić ze wszystkimi terminami z pracami do szkoły. A dokładam sobie wszystkiego podwójnie, biorę dodatkowe zadania, konkursy czy bywam na zajęciach dodatkowych, głównie z rzeźby i malarstwa.

A'propos rzeźby, co myślicie o tej dziedzinie? Próbowaliście coś kiedyś?

Mnie ona fascynuje i przyciąga jak magnes. Jeszcze do niedawna zmuszałam się do zajęć dodatkowych, a teraz na własną rękę, ale z pomocą nauczyciela tworzę rzeźbę, pierwszą aż tak dużą. Jest ona spełnieniem mojego skrywanego marzenia. O tym co to jest napiszę w swoim czasie, na razie zaczynam pracę i troszkę ona potrwa. Do końca roku szkolnego dam radę. 

W tym roku szkolnym zrobiłam 7 główek człekowych 1:1. Tutaj pochwalę się zdjęciem mojej ostatniej (kto jest na bierząco widział pewnie już ją na facebooku)
Ta ta dam!

Dla jasności, wszystkie główki robione były w glinie na podstawie żywego modela.
Nie jest jeszcze idealnie, ciągle rozwijam swoje umiejętności.

Rzeźba jest bardzo przydatna, dzięki niej poprawiłam "rozumienie" anatomii i przestrzenności. Zaczęłam zauważać mięśnie i detale, które kiedyś traktowałam jedynie jako cień czy światło. Dlatego gorąco polecam ją każdemu. Fakt, że trudniej jej się nauczyć niż rysunku oraz wymaga ona trochę miejsca i więcej funduszy, ale mimo to warto. 

Powoli przymierzam się do rzeźbienia w drewnie, ale jak na razie tylko w nim wypalam. W produkcji pan somoku. Tutaj próbka.

Oto właśnie przepis na wykorzystanie walizki pomocniczki, która przestała być pomocna. Kiedyś była art-walizką z lidla z przyborami. Potem wnętrze zostało rozkręcone, a deski ze środka zeszlifowane, teraz służą do wypalania. Za to walizka trzyma w zamknięciu moje przybory, między innymi stos pędzli, paletki malarskie i pastele.

A tak poza sztuką, ciągle aktywnie jeżdżę na Qunikach. Bo nic nie odstresowuje bardziej jak 2 godziny w lesie z quniem pędząc przed siebie.
Krótka wizualizacja Qunikowania (próbka animaszionowania)